 |
|
 |
Demokracja?
OK. Damy radę.
Tak powinna brzmieć odpowiedź zdrowego na umyśle Polaka z normalnym instynktem samozachowawczym na przełomie XX i XIX wieku. Demokracja stała się bowiem nie tyle zdobyczą, czy sposobem na bezpieczeństwo ogółu - co narzędziem manipulacji ludźmi przy nieustannym certyfikowaniu zakresu ich wolności, sfery własności i realizowanej przewrotnie sprawiedliwości.
W relacjach międzynarodowych wyrodzona idea wsparta przewagą ekonomiczną, a co za tym idzie także militarną pozwoliła dziś wykreować system uzależniania, wydziedziczenia i w końcu podboju całych narodów. Mądry wygrywa konkurencję, bogaci się i mówi innym, co dla nich jest dobre, a co złe.
W czasie, jaki nas interesuje nie przyjdą zmiany pozwalające na uchylenie się od egzaminu, który jako naród będziemy zdawać na polu „demokratycznych” bitew w wymiarze tak wewnętrznym, jak i międzynarodowym. Kontestacja nie zda się zatem na nic, trzeba nauczyć się wygrywać na ogólnie akceptowanych w tzw. cywilizowanym (czyli de facto euro-atlantyckim) świecie zasadach. Możemy do jego realiów mieć wiele zastrzeżeń, ale dobrze wiemy, że poza nim nic lepszego na nas nigdzie nie czeka.
Ani adopcja, ani renta „na głowę”, ani nawet L4
Podobnie jak przedtem było nam „bić się, albo gnić w Sybirze”, tak teraz nie możemy unikać walki na nowych, ale nadal bezwzględnych zasadach. Brzmiące niczym śpiewy eunuchów propozycje ucieczki w prostą zależność, czy wręcz narodowy niebyt (podobne do tych, jakie kiedyś intonowali degeneraci tacy jak Rzewuski czy Wielopolski) są równie żałosne, jak kwestionowanie konieczności udziału i wygrywania demokratycznej gry w każdym jej kolejnym wymiarze.
Właściwie dobrą wiadomością jest to, że nie trzeba nam dzisiaj wojen i powstań,
a wystarczy jedynie konsekwentna wyborcza refleksja i wykreowana tą droga mądra elita poważnego narodowego państwa. Jak to się zatem dzieje, że tej demokratycznej mądrości nam raz po raz brakuje i to, co pozornie łatwe (a w kontekście niedotrzymanych obietnic oraz straconych szans oczywiste)
w praktyce okazuje się u nas wręcz niemożliwe?
Czy to, że jako Polacy głównie „w żelazie się kochamy” i często nie przywiązujemy dostatecznej wagi do zawieranych układów, by na koniec konkludować „atrament kłamie, krew jest szczera” powoduje u nas ten powtarzający się złowieszczo brak bieżącej politycznej refleksji? Jeżeli tak właśnie jest, to nadszedł moment, w którym musimy nabyć te nowe sprawności i to najlepiej natychmiast.
Z jednej strony należy przyjąć, że przeciętnie usposobiony Polak niewiele wie o materii w której mu przychodzi podejmować decyzje, a oferujący mu swoich kandydatów ludzie są od niego nie tylko lepiej poinformowani, ale też bardziej kompetentni i świadomie zmotywowani. Nie wiążą końca z końcem, nie ogłupiają się telewizorem, nie narzekają na wszystko … Oni te końce, tę telewizję i całe „to wszystko” kontrolują.
Z drugiej strony sytuacja nie jest dziś bynajmniej ani tak skomplikowana, ani tak beznadziejna. Demokratyczne wybory pozwalają obywatelom wykazać się osobistą, choć niewielką w swej jednostkowej sile mądrością, albo też zademonstrować całą swą niekompetencję i małość. Zbiorowa mądrość nie istnieje, lecz suma indywidualnych roztropności i błędów z całą pewnością determinuje losy kolejnych pokoleń Polaków. Ułomność wiedzy naszego społeczeństwa wyjątkowo dziś nie dotyczy sfery działań pro i anty państwowych. Bo jaki koń jest - każdy widzi dziś wyjątkowo dobrze, a na własne narodowe państwo warto stawiać bez żadnych warunków.
Kolejne wybory, kolejna bitwa o swoje
Przed nami kolejne wybory. Jak zatem będzie tym razem, czy uratujemy nasz byt, czy może damy dorżnąć konające na naszych oczach państwo? Państwo polskie, które mimo dokonywanych dotąd obywatelskich zbrodni nadal istnieje i wbrew zawodzeniu wiecznych opozycjonistów dalej ma szansę na odrodzenie, na siłę, na prosperity.
Z historycznego epizodu konwergencji oraz ukrytych pod wspólnotowym szyldem ekspansji możemy wyjść jako naród z tarczą tylko wtedy, jeżeli będziemy od innych mądrzejsi, mniej zdegradowani moralnie i bezwzględniejsi także dla siebie. Musimy być z jednej strony pracowitsi, a z drugiej nie pozwolić się grabić z ciężko zarobionychpieniędzy.
Nie wolno nam zatem wybierać ani dyspozycyjnych życiowych nieudaczników, ani też prostytuujących miernot podsuwanych nam od dwudziestu lat przez „mądrą opcję”
z ksywkami „profesorów”, czy „autorytetów moralnych”.
W przeddzień wyborów warto zarzucić swoje emocje, afekty i antypatie.
Odświeżyć pamięć, znaleźć swój własny interes, pomyśleć wreszcie mądrze o Polsce - czyli o sobie. Nie „bojkotować” bez skutku, nie umywać rąk, nie szukać ideału.
Wybrać aktualnie najlepszego wśród zgłoszonych kandydatów, zgodnie z możliwą do uzyskania wiedzą i z uwzględnieniem odpowiednich kryteriów.
Być Zagłobą XXI wieku. Poszukać gdzie Niemce, gdzie Szwedy, gdzie Angielczyki, a gdzie Moskal stoi. Bo wbrew pozorom nie zmieniło się u nas zbyt wiele.
Zasady są proste i jest ich pięć
1. Kompetencje kandydata warunkiem koniecznym dobrej służby.
Beztroska z jaką nasz Kowalski podchodzi do spraw państwowych wskazuje, że nie bardzo jest sobie w stanie wyobrazić bezpośrednią zależność swojego losu od decyzji demokratycznie współkreowanej władzy.
Wyborca nie kibicuje drużynie futbolowej, nie głosuje kto ma wyjść z „Domu Wielkiego Brata”, nie wybiera „dziewczyny miesiąca”.
Polityk może być mało sympatyczny, brzydki i mieć paskudny charakter,
byle potrafił (niczym żołnierz czy chirurg) zrobić to co do niego należy.
Dbałość o Dobro Wspólne wymaga wiedzy i merytorycznie sprawnego działania.
2. Historia uczy najlepiej, warto zachować pamięć.
Warto przestudiować życiorysy i wrócić do niedawnej, a także nieco bardziej odległej przeszłości. Trzeba pamiętać o życiowych i politycznych dokonaniach kandydatów. Gdzie zaczynali karierę, kto ich promował, z czego żyli, jak budowli swoje życie osobiste. Czy za ich rządów działo się narodowi lepiej, czy może gorzej? Rosła czy też malała konkurencyjność polskich firm, a co za tym idzie zasobność polskich rodzin?
3. Obywatel wybiera swojego przedstawiciela, nie zaś seksualnego partnera.
Uwodzenie na ładny uśmiech, na miły tembr głosu, na kłamstwo czy też pochlebstwo jest dla obydwóch stron poniżające, ale profity zatrzyma wyłącznie polityk. Nie warto zatem głupio „się zapominać”, zwłaszcza raz po raz.
Nie można przy tym dać się „używać” w nie swojej sprawie.
Wyborca nie powinien nienawidzić ludzi, którzy mu osobiście nic w życiu złego nie zrobili, ani też nieracjonalnie sympatyzować z politykami zabiegającymi o jego poparcie przeciwko komuś, bo „brzydki”.
4. „Opinia międzynarodowa” niczym papierek lakmusowy.
W świecie polityki międzynarodowej nie ma przyjaźni, zaś realnie występujące stosunki kreowane są na gruncie konkurencji, a więc okresowej wspólnoty albo też sprzeczności interesów. Doskonałym sprawdzianem dla wyborcy jest opinia, jaką mają u naszych konkurentów konkretni kandydaci.
Zasada jest prosta. Im gorsza opinia ośrodków konkurencyjnych, tym większy realny szacunek i tym lepszy kandydat do obrony naszych narodowych interesów.
5. Jak nie zostać „ideowym” frajerem?
Wybory kreują władzę, która w danym odcinku czasu będzie mogła zrobić coś dobrego, lub ewentualnie najmniej zepsuć to, czego i tak zapewne zrobić się jak należy nie uda. Najbardziej szkodliwe bywa przydawanie aktowi wyborczemu znaczenia prostej decyzji ideologicznej. Szantaż moralny właściwy bywa największym egoistom i zarazem szkodnikom sceny politycznej, a idący za nim głupi wybór najzwyczajniej niczemu dobremu nie służy.
Głosując na same idee, głosujemy po prostu na to, czego i tak nikt nie będzie realizował. Dając głos na konkretny projekt oparty na politycznej sile - w rzeczywistości umożliwiamy choćby częściową realizację naszych idei w przestrzeni publicznej.
Preferujmy osoby dla których nasza wiara i nasze polskie sprawy są święte.
Nie dajmy sobie natomiast wmówić, że polityka jest dziedziną w której idee, czy religijne wartości konkurują wprost z konkretnymi interesami i w związku z tym za nic można mieć sztukę koncyliacji i wygrywania ewentualnych sporów. Realizacji narodowych interesów nie powierzajmy zatem ani natrętnym „ideowcom”, ani też nawiedzonym „prorokom”.
Zarzućmy w tym względzie każdy nieistniejący dylemat pamiętając, że dobre słowo trzeba nieść przede wszystkim, ale i pistolet słusznej sprawie się przyda.
Postawmy na możliwie sprawdzoną osobistą skuteczność kandydata, przyjmując w razie wątpliwości znaną i dobrze funkcjonującą zasadę:
może i skurwysyn, ale najważniejsze, że - NASZ.
Kraków, 12 czerwca 2010r.
Jan Szczepankiewicz
|