Podziękowania Zarządu KFP













W Kraju Oscypka i Bryndzy - referendum nie będzie





O tych co „polski zaścianek” zmienić chcą w „chatę Wuja Toma”



Wmawianie Polakom, że najważniejszy jest spokój z przyrodzoną mu podobno siłą oraz budująca w każdej sytuacji zgoda stanowi zabieg z gruntu amoralny, bo oparty na zakłamywanym obrazie rzeczywistości, historycznym fałszu, a co za tym idzie pogardzie dla intelektu odbiorcy.

Cały świat funkcjonuje na zasadzie konkurencji, z której w sposób naturalny wynika w konkretnych wypadkach albo możliwość współpracy, albo też konflikt. Preferując podejście koncyliacyjne zawsze trzeba walczyć o swoje. Tak czyni każdy dzielny życiowo człowiek, tak postępuje zdrowy naród, tak działa każde poważne państwo.

W naszym wiecznie poniewieranym przez obcych, a od II wojny światowej fatalnie rządzonym kraju władza apelująca do obywateli o spokój i rzucająca się na szyję pozbawionym historycznej refleksji sąsiadom - to istne kuriozum.
Dobre stosunki są możliwe tylko między stronami mającymi wzajemny szacunek i wspólne interesy. W innych wypadkach realna jest tylko podległość lub sprzeciw, czyli ostry spór.

Zgoda na łotrostwo i wrażą przemoc obca jest polskiej duszy. Zawsze jednak było tak, że gdy jedni bili się potwierdzając swoje przywiązanie do polskiego szlachectwa i własnego państwa, to inni na kolanach kupowali lipne tytuły.
Dzisiejsi „profesorowie” i „autorytety moralne” mają z tym procederem niestety bardzo wiele wspólnego, stanowiąc żałosną karykaturę narodowych elit.

Gdy uczciwi przegrywali bitwę, zaraz byli odsądzani od czci i od wiary przez rozmaitych pożal się Boże „ugodowców”, „pozytywistów”, czy „konserwatystów”, którzy chcieli wybijać im z głów niepodległościowe „mrzonki”, przykrawając do własnej nikczemnej miary. Zawsze marginalni, pozbawieni śmiałej wizji, w ostateczności przegrani. Patrząc na życiorysy zaciekłych krytyków polskości widzimy wyrodzonych arystokratów, seksualnych dewiantów, dzieci niewiadomych ojców, upośledzonych społecznie... Paskudna proweniencja zdrady.

Honor często wyklucza kalkulację, a „dawanie ciała” nigdy nie będzie cnotą. Obcy agent, usłużny słabeusz, czy „pożyteczny idiota” może i zgarnie nagrodę, lecz w żaden sposób nie wzbudzi szacunku u żadnej ze stron.

Obrzydzane nam od czasu Oświecenia (głównie przez wrogów Rzeczypospolitej) „rokosz” i „fanatyzm religijny” – nawet w wolnym kraju nie zawsze są godne potępienia. Gdy władza wyradza się i niesie obce prawo, to zależnie od ustroju trzeba ją w stosowny sposób szybko, a czasem wręcz gwałtownie zmieniać. Jak nieraz już widzieliśmy bezczynność i brak refleksji bywają bardziej niebezpieczne od ryzyka politycznego przewrotu.

Najoczywistszym zaś znakiem wyrodzenia się i sprzeniewierzenia jest spolegliwe działanie na szkodę własnego narodu oraz rządzonego przez siebie państwa. Tak było za „króla Stasia”, za „towarzysza generała”, za „kochających Unie E.”… Wystarczy przyjrzeć się skutkom „wynegocjowanych” w wymienionych okresach układów.

Jeżeli zatem słyszymy z ust polityka frazy o jakimś tam „cierpiętniczym patriotyzmie”, czy „priorytecie dobrych stosunków z sąsiadami” to w sposób oczywisty poznajemy determinację tej osoby w kwestiach obrony suwerenności i tożsamości narodowej.

Dawanie przyzwolenia na obcy dyktat, na nieuczciwość w życiu publicznym, na permanentnie obecne w nim kłamstwo, a wreszcie na likwidację szans konkurencyjności zarówno w wymiarze indywidualnym, jak i narodowym prowadzi w prostej linii do zniewolenia człowieka, nie mając nic wspólnego z normalnie rozumianym dobrem wspólnym.
Sprawnym przywódcą Polaków w ich sytuacji geopolitycznej może być tylko człowiek ponadprzeciętnie agresywny, intelektualnie niespolegliwy oraz gardzący spokojem za wszelka cenę.

Poczynając od Chrobrego, który mieszając dyplomację z wojną zmilitaryzował całe ówczesne społeczeństwo zdobywając na koniec koronę, a kończąc na niepokornym, a co najważniejsze umiejącym zwyciężać Józefie Piłsudskim – widzimy, że naszego miejsce pomiędzy rozmaitym barbarzyństwem nigdy nie zdobywaliśmy ani prośbą, ani umizgiem - ale właśnie niezgodą na obcą władzę i ucisk.
Wobec częstej przewagi nieprzyjaciół, to właśnie „krew polska”, która nie zawsze musiała znaczyć, że „jakoś to będzie” rozwalała ponure konstrukcje pogańskich de facto tyranii. Zyskując siłę Polacy tworzyli dobre, sprawiedliwe, dostatnie i co najważniejsze - gwarantujące wolność państwo.

Narzucane nam ostatnio pańszczyźniane myślenie kategoriami uległości, spokoju i zgody w oczywisty sposób nie rokuje dobrze. Inaczej jest w przypadku promocji naturalnej agresywności, która cechuje ludzi myślących, ambitnych i życiowo dzielnych.
W zasadzie cecha ta wyróżnia osoby zdrowe i silne, zdolne działać tak dla dobra własnego jak i swojej wspólnoty .

Zdolność do powiedzenia „nie”, do wskazywania błędów i stawania w obronie rzeczywiście słabych oraz krzywdzonych jest nieoceniona, a jej pielęgnowanie w najwyższym stopniu leży w interesie wszystkich Polaków.
Posiadanie tego przymiotu wcale nie wyklucza zdolności do współpracy, sprowadzając ją jednak na poziom partnerski, jako jedynie godny i możliwy do zaakceptowania.

Systemowe spotwarzanie Polaków i obrzydzanie potomnym wszystkich niemal dzieł wielkich, stworzonych przez kochających swobodę Przodków najlepiej można zaobserwować na pospolitym kłamstwie dotyczącym zasady ustrojowej Rzeczypospolitej Obojga Narodów – liberum veto.

Reprezentujący jeden okręg i odpowiadający przed swoim sejmikiem poseł posiadał w myśl tej zasady prawo do zerwania sejmu i unieważnienia podjętych na nim uchwał, co wynikało bezpośrednio z adekwatnych dla związkowego charakteru państwa zasad - jednomyślności oraz równości ustrojowej. Egzekucja praw nie stanowionych jednomyślnie mogła w rezultacie prowadzić do wojen domowych (i dalej rozkładu państwa), a tego podobnie jak nadużyć królewskich starano się unikać.

W zbiorową świadomość wprowadzono nieprawdziwą interpretację funkcjonowania tej instytucji - w rezultacie wyolbrzymiając jej znaczenie systemowe i przydając wymiar narodowej głupoty, która sprowadzić miała na Rzeczypospolitą wyłącznie upadek, a na koniec rozbiory kraju. Jeżeli jednak pokusić się o rzetelną analizę, to prawda wygląda zgoła inaczej, jako że mamy do czynienia z bardzo długim czasem jej obowiązywania, wieloma korzyściami politycznymi i stosunkowo nielicznymi przypadkami zastosowania.
Zniesione przez Konstytucję 3 Maja liberum veto użyte zostało dopiero w roku 1669 w Krakowie przez posła kijowskiego Adama Olizara, a zerwanie sejmu przed obraniem Marszałka po raz pierwszy dokonało się w roku 1688 (w roku 1652 klient Janusza Radziwiłła niejaki Władysław Siciński poseł trocki nie zgodził się jedynie na kontynuowanie obrad w czasie przekraczającym 6 tygodni).

Wiedza współczesnego Polaka nie obejmuje przy tym ani znajomości uzupełniającej zasady sisto activitatem, dającej posłowi prawo „wstrzymania czynności” (czyli zablokowania podjęcia uchwały do momentu uzgodnienia wspólnego stanowiska), ani też znamiennej historii tzw. sejmów skonfederowanych, na jakich wcześniejsze ustalenia uniemożliwiały użycie liberum veto, które po roku 1764 wyszło praktycznie z użycia.

Doskonałym dowodem na nierzetelność oskarżeń wysuwanych wobec odsądzanej od czci i wiary instytucji jest fakt, że zatwierdzenia II rozbioru Rzeczypospolitej z niemym przyjęciem traktatów z Rosją i Prusami dokonał w roku 1793 - taki właśnie skonfederowany sejm grodzieński.

Znakomicie zabezpieczającej wolność i pokój w najbardziej demokratycznym państwie ówczesnej Europy zasada liberum veto wynikała z uzasadnionych obaw stanu szlacheckiego przed wynaturzonym absolutyzmem oraz sprzyjała rozwojowi społeczeństwa obywatelskiego. Jak wiele innych potencjalnie dobrych narzędzi została w miarę upływu lat wykorzystana przez ludzi bezmyślnych lub skorumpowanych (przed którymi stanowiła w zamyśle zabezpieczenie), stając się w pewnym momencie jednym z wielu, ale wcale nie najważniejszym przyczynkiem do zahamowania rozwoju kraju, osłabienia władzy i upadku państwowości.

Polacy na przełomie XVI i XVII kształtowali adekwatny do „europejskich” obaw ustrój własnego państwa, który jednakże z wielu wewnętrznych oraz zewnętrznych przyczyn niedostatecznie ewoluował, nie będąc jednak jakimś szczególnym kuriozum na kontynencie ciężko doświadczanym przez wynaturzonych władców, wojny religijne i pospolite rzezie. Przerażeni niedoskonałością ustroju europejczycy często skłaniali się ku poglądom antymonarchistycznym, a tragedia Rewolucji Francuskiej niewątpliwie ma swoje źródła także w oczywistej i długotrwałej degeneracji „namaszczonych” psychopatów sprawujących władzę na długo przed jej wybuchem. Nie darmo mawiano, że jeśli ktoś przekroczył granice szlacheckiej Rzeczypospolitej – był wolny.

Bezczelne „pouczanie” Polaków przez osoby z gruntu nieuczciwe, które zawłaszczyły sferę publiczną najpierw w PRL-u, a później w III RP wpisuje się doskonale w zakłamany obraz stworzonych w nich „wartości”, „instytucji” i „autorytetów”. W tym miejscu nie mówimy już o podwójnej moralności, ale o zbiorowym uświęconym przez władze oszustwie, powiązanym z powszechną manipulacją i deprawacją. Ostatnimi czasy okazuje się, że walczący w ostatnich wiekach „za wolność naszą i waszą” Polacy powinni jeszcze przepraszać swoich morderców, grabieżców i prześladowców za to, że wywarzając drzwi naszego domu nabili sobie przy okazji guza.

Jak jednak można dać odpór fałszowaniu historii i tworzyć pozytywne relacje, gdy naszą rzeczywistość buduje „polityk”, czyli opłacany przez podatnika człowiek z licencją na bezkarne marnowanie wspólnych pieniędzy i ledwie co pakowane kłamstwo, które stanowiąc normę nikogo już dzisiaj nie dziwi.

Jak można stanowić dobre prawo, jeżeli niedostatek kwalifikacji tak zawodowych, jak i moralnych idzie w parze z totalnym brakiem szacunku dla obywatela. Taki stan zaprzecza istnieniu jakiejkolwiek misji, premiując jedynie skuteczne w efekcie chamstwo.

Systemy, które bezwzględnie niewoliły ludzi, sprowadzając na nich śmierć i nieszczęścia zawsze były oparte na zgodzie. Zgoda konkretnych ludzi, konkretnych narodów i konkretnych władz instalowała francuskie gilotyny, budowała niemieckie obozy koncentracyjne, konstruowała wreszcie wschodnie Imperium Zła..

Także wielu Polaków przekroczyło granice honoru i uczciwości, zaprzedając się kolejno zaborcom, okupantom i „europejskim” reformatorom. Moralną „zbrodnią założycielską” obecnego sytemu okazała się wciśnięta nam pod pozorem ratowania spokoju i zgody „gruba kreska”.
Przy braku rozliczenia zła, przy zaniechaniu prawdziwej lustracji i dekomunizacji ludzie nie dokonali rzetelnych rachunków własnych sumień, co wielokrotnie dało o sobie znać przy podejmowaniu wyborczych decyzji, już w demokratycznym z zasady przynajmniej trybie. Promowano zło, broniono dawno skompromitowanych idei, schlebiano najniższym ludzkim instynktom, a przede wszystkim handlowano wszystkim i ze wszystkimi .

Towarzystwo wzajemnej adoracji, wspólnej celebracji i oddawanych sobie przez pospolitych szubrawców zachwytów zwraca się raz po raz do Polaków z wyżyn swojej „mądrości”, jedynej „poprawności” i terroryzującej wszystkich „dobroci”.

Bezkarność rozzuchwaliła kłamców do tego stopnia, że mogli wmawiać nam nawet to, iż nie potrzebujemy już armii, bo mamy teraz samych przyjaciół, a nawet więcej - znaleźliśmy się pod „cywilizacyjną” opieką bardziej kulturalnych i co za tym idzie zamożnych . I faktycznie armię tę w dużej mierze skutecznie „zreformowano”, nie bacząc na militarne relacje z potencjałem utrzymywanymi choćby przez naszych sąsiadów. Lekceważono też rzeczywiste stosunki między przedstawicielami konkretnych narodów. Np. wg powtarzanych systematycznie sondaży to właśnie Polacy są najbardziej nie lubianym sąsiadem Niemców (wg aktualnych badań ośrodka Emnid stwierdziło tak aż 33 % respondentów, wobec 13 % wskazujących na zajmujących drugie miejsce Czechów) . Komentatorzy zauważają, że niechęć do Polaków występuje u naszego zachodniego sąsiada we wszystkich grupach wiekowych i jest konsekwentnie dziedziczona.

Właściwie tylko krok dzieli nas od wynurzeń, że szkoda pieniędzy na państwo, skoro jego funkcje skutecznie przejmuje kontynentalna wspólnota.

Coraz mniej posiadający poza rękami do pracy Polak ma jeszcze umysł, który przez kolejne dziesiątki lat usiłuje się mu systematycznie kastrować, pozbawiając zdolności samodzielnego myślenia oraz instynktu samozachowawczego.

Dlatego właśnie w zgodzie wybudować ma dzisiaj dla siebie chatę dobrotliwego, aczkolwiek średnio rozgarniętego białego Wuja Toma, którego można dowolnie traktować, a nawet sprzedać – co najwyżej spodziewając się nieskutecznych i głupich lamentów po czasie. Hasła nawołujące do zgody i spokoju w rozpadającym się kraju bez podawanie konkretnej materii, oraz wybierania na urzędy ludzi uległych są dla nas śmiertelnie niebezpieczne. W świecie nieustannych konfliktów interesów naszymi sprawami powinni zajmować się ludzie uważani przez konkurencję za „nieodpowiednich” i „konfliktowych”.
Tych „zgodnych” mieliśmy przez ostatnie 50 lat zbyt wielu i dlatego przegrywaliśmy wszystko - jedno po drugim. Teraz trzeba nam szybkiej naprawy Rzeczypospolitej, która traci powagę i wiarygodność nie będąc w stanie realizować zasad głównych własnej ustawy zasadniczej.

Kraków, 20 lipca 2010r.

Jan Szczepankiewicz


         
© Małopolskie Forum Przedsiębiorczości 2004