Plac Centralny dostał Patrona






Zapowiedź konferencji w Dzienniku Polskim






PO, Lid i Kwaśniewski





Globalizacja i polski zgrzyt zębów


Marcin Masny

Strach i bezradność w obliczu globalizacji może pogrążyć nie tylko polską lewicę, ale i centroprawicę.

Pod koniec XX wieku wszyscy mówili o globalizacji. Obok globalizacji ekonomicznej obserwowano postępy konwergencji ustrojowej i politycznej. Przed rokiem 1989 konwergencja miała dokonać stopienia Zachodu i komunistycznego Wschodu. W gruncie rzeczy dokonało się to. Niektórzy uważają nawet, że po 1945 roku socjalizm sowiecki i kapitalizm zachodni były dwiema odmianami tej samej tendencji: silnego państwa opiekuńczego. Tak do końca wszakże Zachód i Wschód się do siebie nie upodobniły. Starsi Polacy pamiętają, że opieka sprawowana przez komunistów była znacznie dolegliwsza nawet niż wszędobylskie państwo opiekuńcze w Skandynawii, które przynajmniej dawało obywatelom dobrze zjeść.

Pod koniec lat 80-tych amerykańscy stratedzy, zazwyczaj związani z ośrodkami militarnym, zwłaszcza z Korporacją RAND, rozpoczęli publiczną debatę nad ujednoliceniem ustrojowym świata. Francis Fukuyama w swym głośnym „Końcu historii” (1992) przewidywał, że wszystkie państwa będą liberalnymi demokracjami. Potem się z tego wycofywał... Michael Doyle w roku 1997 wskazywał, że wydarzy się to w latach 2050-2100. John Mueller w1989 zwiastował koniec wojen między najbardziej zaawansowanymi państwami świata. Robert Keohane i Joseph Nye już w swej książce z 1977 roku, „Władza i współzależność” dowodzili, że współzależność rodzi pokój i ogranicza użycie siły zbrojnej, ponieważ prosta współzależność przerodziła się w złożoną i mocniej niż kiedykolwiek związała gospodarcze, a zatem i polityczne interesy państw. Słyszymy z wielu stron, że współzależność globalna przerosła struktury państwowe i stworzyła „Świat bez granic”, jak zatytułował swoją książkę z 1990 roku Kenichi Ohmae. Wszyscy jednak widzimy, że granice, przynajmniej niektóre, trzymają się nieźle. Wystarczy np. odmienność systemów podatkowych po dwóch stronach granicy, żeby kryzysowi w jednym państwie nie towarzyszył kryzys u sąsiadów.

Idea rządu światowego powraca od starożytności, zwłaszcza w momentach zawirowań i wojen. Pojawia się wtedy oczekiwanie na władzę, która rozbroi konflikty międzynarodowe i nada sankcję prawu międzynarodowemu. Przez tysiąclecia oczekiwania światowego pokoju i władzy światowej w sposób bardzo realistyczny wiązały się z wielkimi zdobywcami. Jedynym bowiem sposobem na zjednoczenie państw i narodów był ich podbój. Podbój świata, czy też znanej jego części, był celem Cyrusa, Aleksandra Macedońskiego, władców Rzymu i innych ambitnych monarchów. Monarchia universalis Dantego czyli powszechna monarchia przeniesiona do politycznej ideologii przez Karola V i Ludwika XIV okazała się - wbrew poecie - nowożytną kontynuacją starożytnej logiki podboju. Logika podboju jednak nie odpowiadała wszystkim oczekiwaniom. Idea wiecznego pokoju u Erazma z Rotterdamu i Immanuela Kanta opierała się na rozumie, a nie na wojnie.

W tradycji katolickiej utrwalił się obraz imperium rzymskiego jako mimowolnego narzędzia ewangelizacji świata. Ale propozycje i wizje płynące z katolickiego Rzymu nigdy nie zachęcały do podboju jako instrumentu zjednoczenia świata. W nauczaniu Kościoła od stuleci, a szczególnie wyraźnie w myśli Soboru Watykańskiego II i Pawła VI pojawiały się natomiast myśli o powszechnym porządku prawnym i panowaniu instancji ponadpaństwowej. Do takiej roli w średniowieczu aspirowało papiestwo, co zresztą było dowodem niezrozumienia roli Kościoła. Rolą namiestnika Chrystusa nie jest przecież polityczne władztwo.

Paweł VI w przemówieniu do ONZ w 1965 roku powiedział:
Któż nie oczekuje konieczności stopniowego dojścia do ustanowienia jakiejś władzy obejmującej cały świat, która mogłaby skutecznie działać zarówno w sferze prawnej, jak i politycznej?

Pobrzmiewa tu echo powojennych nadziei na światowy ład. Jeden z promotorów tej nadziei, Jacques Maritain, miał duży wpływ na Pawła VI. Dziś, na przełomie tysiącleci ONZ od dawna nie ma większego wpływu na wydarzenia. Stany Zjednoczone uchylają się od finansowania ONZ i manifestują lekceważenie dla decyzji, które zapadają w gremiach międzynarodowych. Już się nie mówi o rządzie światowym. W latach 90-tych pojawiła się natomiast idea władztwa globalnego (global governance) polegającego na sieci instytucji i powiązań bez ścisłego, formalnego przywództwa. W istocie jest to kontynuacja idei rządu światowego czy też nowego ładu światowego. Teoretycy global governance, Ingvar Carlsson czy Wolfgang Reinicke (współtwórca Global Public Policy Networks) w latach 90-tych XX wieku ogłosili konieczność zachowania atrapy państwa przy jednoczesnym konstruowaniu nowych struktur władzy globalnej. Mają to być struktury sieciowe. Sieć okazuje się skuteczniejsza od monolitu i od lat 60-tych XX wieku w praktyce organizacji dominują właśnie networki z Internetem na czele.

Reinicke zaproponował ciała łączące interesy prywatne z publicznymi. To jednak nic nowego. Takie struktury już od dawien dawna istnieją, choć w mniejszej skali, i powszechnie wiadomo, że w podobnych sytuacjach przeważają interesy prywatne. Jeśli coś jest publiczno-prywatne, to publiczna jest inwestycja, a prywatne są zyski.

Terytorium nie liczy się już jako jednostka procesu decyzyjnego - powiada Reinicke - coraz bardziej natomiast liczy się czas i szybkość. Do tych procesów należy włączyć w pewnej formie złożoność, kwestię równości międzypokoleniowej i oczywiście nowych aktorów areny międzynarodowej, zarówno społeczeństwo obywatelskie, jak i wielkie korporacje multinarodowe.

Trudno się oprzeć spostrzeżeniu, że zasoby i stopień organizacji multikorporacji znacznie przewyższają wydolność autentycznie oddolnych organizacji społecznych.

Główne wyzwanie polega na tym, że przestrzenie gospodarcze i społeczne rozrastają się i przekraczają granice państw - mówi Michael Zuern - podczas gdy organizacja polityczna wciąż jest w znacznej mierze związana z państwem narodowym.

Rozwiązaniem jest budowa instytucji ponadnarodowych, ale powstaje pytanie, jak im nadać władzę, którą teraz dysponują rządy? Jak te instytucje mają działać w sposób zgodny z pojęciem demokratycznego procesu decyzyjnego? Światową sieć porozumień międzypaństwowych miałby zastąpić multilateralizm społeczeństw (societal multilateralism). Zamiast rządów porozumiewać mają się reprezentanci społeczeństwa obywatelskiego, czyli organizacje pozarządowe. Wszyscy jednak wiedzą, że ich reprezentatywność jest niezmiernie ograniczona, jeszcze bardziej niż reprezentatywność rządów. Czy zatem idea global governance prowadzi do upowszechnienia udziału w globalnych procesach decyzyjnych, czy raczej jest nową nazwą zmowy elit?

W Kościele też nie wyraża się już głośno oczekiwania na światową władzę polityczną. Nauczony smutnym doświadczeniem ostatnich dziesięcioleci Jan Paweł II w encyklice „Centesimus annus” (1991) wypowiada się ostrożniej i precyzyjniej niż Paweł VI. Jan Paweł II skupia się raczej na zarządzaniu konkretnymi globalnymi problemami niż na formalnej stronie światowego ładu, nie rezygnuje wszelako z wizji tego ładu:

Współcześnie dokonuje się proces powstawania współzależności gospodarczych na skalę światową. Zjawiska tego nie należy uważać za negatywne, gdyż może ono stwarzać niezwykłe możliwości osiągnięcia większego dobrobytu. Coraz bardziej jednak odczuwa się potrzebę, by w miarę wzrastającego umiędzynarodowienia gospodarki powstawały odpowiednie i skutecznie działające międzynarodowe organy kontrolne i kierownicze, dzięki którym gospodarka służyłaby dobru wspólnemu; pojedyncze państwo, choćby najpotężniejsze, nie jest już w stanie tego dokonać. Dążenie do tego celu wymaga coraz bardziej harmonijnej współpracy wielkich krajów oraz równoprawnej reprezentacji w instytucjach międzynarodowych interesów całej rodziny ludzkiej. Konieczne jest także, aby (...) instytucje te brały (...) pod uwagę te narody i kraje, które (...) najbardziej potrzebują pomocy, aby się rozwijać.

Jak widać zarządzanie globalne może mieć bardzo różne oblicza. Trzeba się na tym znać i rozumieć interesy uczestników gry, żeby grać. Na pewno błędem jest postawa części polskie prawicy, która po prostu boi się globalizacji. W walce z tym syndromem ma zasługi znany publicysta Jan Maria Jackowski, który w swej najnowszej książce („Drogi i bezdroża III RP”) po raz kolejny przestrzega: Dla Polaków brak pomysłu na globalizację oraz niezdolność realizowania racji stanu w rzeczywistości McŚwiata oznacza płacz i zgrzytanie zębami. Lewica na pewno dokumentnie się na tym problemie rozłożyła. Idąca do władzy centroprawica nie ma prawa powtórzyć błędów lewicy.


         
© Małopolskie Forum Przedsiębiorczości 2004