Powołanie Komisji ds. Projektów Europejskich






Polska Prawica w wyborach do Parlamentu Europejskiego






1 września 2007 - „Niemiecki rząd powinien zaangażować się w Polsce”





Ta karczma „Rzym” się nazywa!


Od lat twierdzę, że najlepszym rozwiązaniem byłoby dobrowolne wycofanie się z życia publicznego ludzi, którzy wiedzą, że podpisali zobowiązanie do współpracy ze służbami PRL. Niechże się zajmą czymś innym.
Oczywiście, mogę sobie gadać do woli, patrząc na spokojne twarze tych , których ta propozycja nie dotyczy, czasem zaś podziwiając „myślące” miny oponentów.
Pojawia się wtedy argument, że jak ktoś „walczył”, to musiał „rozmawiać”. A ja pytam: czy „walkę” o paszport, stypendium, miejsce w nomenklaturze, mieszkanie, talon na malucha - także możemy uznać za dostateczne usprawiedliwienie? I co było właściwym ekwiwalentem: przynależności do marksistowskiej partii, zostania informatorem SB, zobowiązania się do współpracy z komunistycznym wywiadem....
Kto był głupi, że nie brał, jak dawali? Kto nieprzyzwoicie przepłacił? A kto się zachował rozsądnie i wygrał?

W olbrzymim uproszczeniu możemy podzielić PRL na dwa, całkowicie odmienne okresy. Wojna domowa charakteryzowała się bezwzględnym terrorem okupanta i przyniosła setki tysięcy ofiar. Kiedy złamano opór, a system się ustabilizował, rozpoczęto okres ograniczonego „cywilizowania” relacji państwo – obywatel. Był to proces powierzchowny, bo za cenę rozluźnienia rygorów w życiu codziennym, obywatele zobowiązali się do nie kwestionowania legalności władzy, formalnej akceptacji ustroju i solidarnego budowania fikcji. A że nadgorliwych idiotów do końca nie brakowało, czasem zaś funkcjonariuszom zwyczajnie puszczały nerwy – kto chciał mocnych wrażeń , to je miał.

Nikt mi nie powie, że każdy musiał. Nawet w pierwszym okresie, gdy śledztwa często nie prowadzili Polacy, można było oberwać, ale nie wydać i nie podpisać. Wiem to na pewno. Znam bezpośrednie relacje, posiadam akta spraw. I nie chodziło tu o „potrzebne im studia”, wyjazd czy profesurę.... .I nikt na nich „brutalnie nie krzyczał”.
Sikali krwią i pluli oprawcom w twarz, chociaż w karcerze była woda i szczury, a z celi wciąż ubywało kolegów.
W drugim okresie sprawy wyglądały znacznie lepiej. Obydwie strony (przeważnie) „wiedziały” i chciały żyć. Zezwolono na żarty, na dyskretną „prywatyzację”, na bezpartyjność fachowca. Był wybór.
Kto chciał łatwo i do koryta, zapierał się, składał podpis, szedł do PZPR-u. Kto chciał mieć spokój z nagabywaniem, zapisywał się do SD, ZSL lub ZHP. Tu światopogląd nie musiał być materialistyczny, a postępowość mogła być relatywizowana środowiskowo.
Pierwsze klasy szkół średnich, często w całości zapisywano do ZMS, żeby wyrobić plan. Głosował prawie cały elektorat. „Niczyje” brali wszyscy.
Szkielet systemu stanowili jednak funkcjonariusze i donosiciele. Jedni i drudzy - rzadziej z przymusu, częściej z powołania.

W upadek PRL-u, w możliwym do przewidzenia czasie, wierzyli nieliczni. W związku z tym ludzie często szli na ściślejszą współpracę. Przeważnie z lenistwa i chęci łatwego zysku. Czasem dla większej kariery.
Partyjnym było lżej, a nazwiska donosicieli chroniła tajemnica państwowa.
Niczym Twardowski konsumowali dobra, reglamentowane tylko za okazaniem kopii cyrografu.
Mijają lata. Wielu nadal wierzy w przepadek pisma, w śmierć diabła, we własny spryt.
I wielu się jeszcze zawiedzie. Prędzej, czy później.

Jan Szczepankiewicz



         
© Małopolskie Forum Przedsiębiorczości 2004