BIURO INTERWENCJI KFP POLECA :






Komunikat Komitetu Założycielskiego Polskiego Porozumienia Przedsiębiorczości i Pracy






Globalizacja i polski zgrzyt zębów





Make love, not war-pokłosie


Niedawne wybory samorządowe w Krakowie, nieoczekiwanie przyniosły interesujący epizod.
Otóż jeden z kandydatów w II turze spotkał się z zarzutem, że w młodości będąc hippisem, wąchał klej i uprawiał nie zinstytucjonalizowaną miłość. Na domiar złego, będąc w bliskich stosunkach z późniejszą gwiazdką polskiego rocka, miał słuchać z nią wspólnie zespołu The Doors i zapewne innych, równie nieprzyzwoitych kapel.
Pogrążyły go ponoć wspomnienia upadłej kobiety, która na domiar złego miała napisać, że porzuciła go z powodu nadmiernych skłonności do zadawania udręk.
Wiemy, że Pani nie była pruderyjna. Jej wspomnienia sprzed lat, dały koalicyjnej partii powód (lub pretekst) do odmowy udzielenia domniemanemu, byłemu hippisowi lokalnego, wyborczego poparcia, choć sam Kandydat nie potwierdził tych rewelacji.
Doszło nawet do tego, że część działaczy tego, uchodzącego za ultra prawicowe ugrupowania, poparła kontrkandydata kojarzonego z lewicą postkomunistyczną.

Ta nieco zabawna historia przypomina po latach nie tylko barwną aurę, jaka otaczała krakowski Rynek i Planty w końcu lat 60-tych, ale niezwykłe, globalne zjawisko młodzieżowego buntu, którego apogeum możemy umiejscowić w latach 1967 – 1969.
Po obu stronach Oceanu, niczym grzyby po deszczu rosły komuny hippisów. Urządzano rock – festiwale, penetrowano wszystkie możliwe trendy filozoficzne, szukano Boga, negowano potrzebę istnienia państwa. Tworzono pod przemożnym wpływem narkotyków, które uchodziły (w pewnej mierze słusznie) za niezwykle inspirujące. Po cudownym Lecie Miłości/67, dzieci – kwiaty przeżywały swoje „pięć kroków w pełnym słońcu”, aż po wieńczący wszystko, legendarny Woodstock.

W USA pragnienie miłości i wolności potęgowane było ponurą groźbą poboru młodych mężczyzn. W Wietnamie czekała na nich prawdziwa maszynka do mięsa.
Rozwinięte społeczeństwo konsumpcyjne, zbudowane jednakże na dość konserwatywnych zasadach, doczekało się pokolenia kwestionującego zarówno zachodni styl życia, jak i obowiązujące tam wartości. Palono karty powołania, urządzano prowokujące demonstracje, niczym komunię przyjmowano LSD. Destrukcje radośnie wspierały sowieckie służby.
Okrzyki „Jezus cię kocha!” wznoszono obok śpiewających „Hari, hari” i to bez większych konsekwencji. Penetrowano filozofie Blacka i Nitche, zgłębiano „Myśli Mao”. Panował duch poszukiwań, dyskusji i kontestacji.

W Europie Francuzi, jak zwykle wyprodukowali swoje cuchnące rewolucje. Zamieszki w 1968 r. oraz europejska wersja rewolucji seksualnej zwieńczyły peryferyjny, paryski nurt buntu lat 60-tych.
Nieco inaczej było za Kanałem. Brytyjczycy twórczo rozwijali nurty muzyczne powstałe w USA, na początku lat 50-tych. Śmiało można powiedzieć, ze The Beatles zdetronizowali Króla Elvisa. Kolejne grupy powstały za sprawą ludzi, którzy stworzyli zręby współczesnej muzyki światowej, od białego bluesa, przez hard rock po najpospolitszy pop.
The Free, Moody Blues, Jethro Tull, Pink Floyd czy Led Zeppelin wspaniale współbrzmieli z amerykańskimi: The Doors, Creedence Crearwater Revival, Canned Heat, Blood, Sweet and Tears, Chicago...
Wymieniać można bez końca.
Muzyka ta czerpała z tradycyjnego rhythm & bluesa, rock & rolla i country, często penetrowała obszary muzyki poważnej, ale też dopuszczała się twórczych, udanych poszukiwań.
Yes, Emerson, Like & Palmer, Focus, Ten Years After... Mało kto o nich pamięta, bo legendę stworzyli ludzie żyjący przeważnie krótko, ale za to w idealnej zgodzie z duchem epoki. Jim Morrison, Jimi Hendrix, Janis Joplin – genialnie nieprzystosowani, niezwykle utalentowani, na śmierć zaćpani.
Błędem byłoby uważać, że przesłanie „Skowytu” brane było przez ogół młodych ludzi na poważnie. A już na pewno mniej interesowało artystów pokroju Boba Dylana (prawdziwe nazwisko Robert Allen Cimmerman), co nie przeszkodziło im z kolei tworzyć pacyfistyczne piosenki, zwane u nas protest- songami.

Krakowskich hippisów znam jedynie z relacji ludzi, którzy wtedy byli „prawie” dorośli, chociaż ksywy „Faraon” czy „Pies” wymieniano czasem także w podstawówkach.
Za to począwszy od 4 klasy interesowałem się muzyką rockową, skwapliwie zbierałem nagrania, a na pierwszy koncert poszedłem do hali krakowskiej Wisły, mając szansę wysłuchać na żywo rhythm & bluesowych produkcji w wykonaniu prekursorów polskiego rocka (czasem zwanego niezbyt precyzyjnie - big-beatem). Skowroński, Nebeski, Puławski, Wander. Bernolak...
Z czasem stałem się bywalcem krakowskich klubów, hal sportowych, sal - filharmonii i operetki. Podczas studiów otarłem się nawet o profesjonalizm, redagując muzyczne audycje w studenckim radiu oraz prowadząc imprezy na żywo. W pewnym momencie nosiłem się z zamiarem napisania pierwszej, polskiej encyklopedii rocka i zbierałem ciężko wówczas dostępne materiały. Dorosłe życie w ciągu kilku miesięcy „wyleczyło” mnie z planów, związanych z dziennikarstwem muzycznym, nawet traktowanym jako zajęcie dodatkowe.
Muzyką rockową zajmował się wtedy licencjonowani fachowcy: Andrzej Olechowski, Marek Gaszyński, Wojciech Mann i inni.
Po studiach postawiłem na biznes. Własny biznes.

Wspomniany na wstępie wyborczy epizod skłania do przemyśleń.
Gdy wracam myślą do zdarzeń, w których z racji zbyt młodego wieku i dobrego wychowania nie mogłem uczestniczyć, pojawia się refleksja o przedziwnym pomieszaniu w definicjach wolności oraz niezwykłej skłonności ludzi do ulegania rozmaitej iluzji.
Echo wolności z Radia Luksemburg, muzyka dopuszczona z czasem do programów Polskiego Radia oraz związane z tym okresem wydarzenia, stają się obecnie przedmiotem oceny nie tylko moralnej, ale i politycznej.
Pierwszy raz byłem w krakowskiej Filharmonii w wieku 5 lat, lubię klasykę organową, muzykę dawną, ale spokojnie mogę bronić osiągnięć artystycznych przełomu lat 60-tych i 70-tych, np. w zakresie białego bluesa, czy psychodelicznego undergroundu. Nie tyle w kwestii poziomu tekstów, czy przekazu filozoficznego (który bywał różny), lecz niezwykłej ekspresji pomysłów muzycznych i niepowtarzalnych klimatów..
Był to zapewne powiew nieco fałszywej wolności, bo wolności do poszukiwań i błędów, ale bardzo atrakcyjnej w PRL-u Gomółki i Gierka, zwłaszcza dla ludzi młodych.
Muzyka ewidentnie odgrywała w ich życiu niezwykłą rolę i w przypadku słabszych osobników, mogła warstwą poetyckiego przekazu zniekształcać osobowość.

Faktem jest, że porzucenie sprawdzonych wartości, niesie za sobą ryzyko uszczerbku na zdrowiu i honorze, a czasem grozi wręcz doznaniem życiowej klęski,.
Żadnych nowych trendów nie należy zatem przyjmować z nadmiernym entuzjazmem, a narzucanych zachowań bezkrytycznie powielać.
W kontekście ostrej, wyborczej walki, cieszy zapowiedź powrotu czegoś , co przypominać może dawne „świadectwa moralności”.
Ale jak już, to żądajmy go od wszystkich i bez ulgi na polityczny handelek.

Jan Szczepankiewicz


         
© Małopolskie Forum Przedsiębiorczości 2004