Rzemiosło, a sprawa polska
Licencjonowani politycy udowodnili, że nawet szlachetną służbę Polsce potrafią zamienić w odrażający, publiczny magiel. Oczywiście skrzyżowany z „agencją”.
Krótko mówiąc, potrafią „spieprzyć” wszystko.
Właśnie przypomnieli sobie o gospodarce. A już mieliśmy nadzieję, że zajęci słusznym polowaniem na ludzi, zostawią w spokoju polską przedsiębiorczość. Gdzie tam!
Niektórzy z nich w życiu nie zarobili uczciwych pieniędzy. Dziś do spółki z nieudacznikami, tęskniącymi za „prawdziwym” rzemiosłem, chcą zafundować nam powtórkę z historii.
Porządkowanie rynku ma polegać na urzędniczej i związkowo – korporacyjnej weryfikacji podmiotów. Związki mają wejść do zakładów rzemieślniczych.
Krótko mówiąc: będzie robota dla swoich.
Czy szykowany jest zamach na polską przedsiębiorczość?
Komu przeszkadza dobra koniunktura oraz mobilność polskich MŚP, często dziś - wielobranżowych i rodzinnych? Czy powstający po cichu projekt ustawy, uderzy w tysiące pożytecznych miejsc pracy, trafiając pod głosowanie Sejmu bez rzeczywistej, społecznej konsultacji? Historia jest nauczycielką życia. Pokuszę się więc o retrospekcję bezwzględnie prawdziwą, z uwagi na jej wybitnie osobisty charakter.
Stalinizm
Pierwszym wymogiem władzy ludowej, była konieczność zdania właściwych egzaminów przez ludzi, którzy latami prowadzili swoje zakłady. Mój Dziadek i jego brat, byli między innymi, właścicielami sporego młyna zbożowego. Obiekt był wzorowy, świeżo po rozbudowie, prowadzony w tym miejscu od kilkudziesięciu lat. Bracia byli ludźmi wybitnie wykształconymi, a prowadzenie rozmaitych przedsiębiorstw było wręcz rodzinną tradycją.
Po uzyskaniu dyplomów mistrzowskich, pojawił się kolejny zarzut. Dotyczył rzekomo niezapłaconego, zaległego podatku. W wyniku uporu urzędnika, podatek ten zapłacono ponownie. Nie zapobiegło to nacjonalizacji całości obiektu. Nadpłacony podatek zwrócono.
W rzeczywistości, zaległość ta nigdy nie istniała.
Bracia odmówili administrowania zagrabioną własnością i nigdy nie podjęli pracy w systemie socjalistycznym. Po 2 latach stanęła produkcja, a po 15 nowoczesny obiekt znalazł się w stanie ruiny.
Gomułkowszczyzna
Modele nowych maszyn powstawały w moim domu, jeszcze przed moim urodzeniem. Obowiązek pracy po studiach, dawał jednak bolesny kontakt z uspołecznioną rzeczywistością. Moja Matka odkryła, że dyrektorem jej banku, jest powszechnie znany, przedwojenny krawiec ciężki. Ojciec przez rok ratował zakład przemysłu maszynowego, położony przez dyrektora, który z zawodu był zegarmistrzem. Wspaniałomyślną propozycję zostania Naczelnym odrzucił, gdyż była ona związana z koniecznością wstąpienia do PZPR.
Na fali lekkiej odwilży założył własną firmę. Cech mniej interesował się dyplomem Politechniki Krakowskiej, natomiast stare zaświadczenie o pracy w charakterze ślusarza narzędziowego uchroniło Go od konieczności odbycia terminu i zdawania egzaminu na czeladnika.
Cechowi „koledzy” dążyli do wyeliminowania niesfornego inżyniera, przysyłając prowokatorów, wnioskując o odebranie koncesji, kwestionując potrzebę istnienia zakładu.
Na szczęście nigdy nie udowodniono naruszenia prawa, a system miał coraz więcej własnych, rzeczywistych kłopotów. Jedyną korzyścią z przymusowego członkostwa był przydział na 15 litrów benzyny - łącznie, otrzymany w czasie stanu wojennego.
Rzeczpospolita Kryzysowa
Konający socjalizm niezmiennie pluł na „prywaciarza”. Ten jednak w coraz większym stopniu uzupełniał niedobory na rynku. Kryzys się pogłębiał, klimat się zmieniał.
Po skończeniu studiów prawniczych na Uniwersytecie Jagiellońskim, będąc specjalista od organizacji i zarządzania, otrzymałem stosowną dyspensę. Zatrudniałem wtedy ok. 10 osób i prowadziłem „antyimportową” produkcję części samochodowych i elementów elektronicznych. Cech w tych latach łagodniał, pojawiali się nowi ludzie. Docelowo musiałem być jednak zweryfikowany przez prawdziwych, nieskażonych ślusarzy.
Dyspensa doprowadziła mnie szczęśliwie do zmiany ustroju i w ten oto sposób produkuję „partacząc” do dziś. W międzyczasie zdobyłem dyplom rolnika upraw polowych, bo posiadanie tego dokumentu znosiło ograniczenia powierzchni mojej własności.
Firma dobrze sobie radzi na rynku z konkurencją renomowanych firm zachodnich, bo wyrób jest dobry i tani. Natomiast większość „prawdziwych” rzemieślników, z nostalgią wspomina czas, gdy „chamstwo w życiu, zwalczali siłom i godnościom osobistom”
Rok 1989. I co dalej?
Powrót gospodarki rynkowej położył kres szkodliwej, społecznie deprawującej fikcji. Organizacje rzemieślnicze w PRL-u miały powiązania z instytucjami totalitarnego państwa, szykanowały ludzi politycznie niezależnych i były narzędziem rozprawiania się z niewygodną konkurencją. Dławiły wolność gospodarczą i wypaczały pojęcie przedsiębiorczości. Przeważnie były one zawłaszczane przez dyspozycyjnych cwaniaków, którzy wykorzystywali średniowieczny etos rzemiosła do wprowadzania komunistycznych porządków. Po1989 roku, normalni przedsiębiorcy natychmiast występowali z cechów oraz pasożytujących spółdzielni rzemieślniczych, które reglamentowały zaopatrzenie, warunkowały określony zbyt i przetrzymywały pieniądze Podobnie jak wielu innych, nigdy nie uważałem się za rzemieślnika, lecz władza ludowa mogła mnie tolerować jedynie pod taką, zakłamaną nazwą. W XXI wieku, w wolnej Polsce decydują się losy rozszerzenia tej beznadziejnej, od dawna nieprzystającej do rzeczywistości definicji.
Związki i samorządy dopuszczone do weryfikacji podmiotów, nie sprzyjają rozwojowi zachowań przedsiębiorczych, wypaczają działanie mechanizmów rynkowych, nie generują przejrzystych procedur. Sprzyjają kumoterstwu, nepotyzmowi i korupcji. Poza oczywistymi wyjątkami, o funkcjonowaniu podmiotu na rynku powinni decydować wyłącznie nabywcy towarów i usług, a odpowiedzialność wykonawcy, bądź też sprzedającego - winna realizować się na ogólnych zasadach. Prewencja w tym względzie wydaje się być równie bezsensowna, jak np. zakaz naprawiania własnego samochodu, bez stosownych uprawnień , z uwagi na bezpieczeństwo innych uczestników ruchu drogowego.
Nabywca sam potrafi dokonać wyboru, a „polityczna” dbałość o porządek i bezpieczeństwo, może stać się jedynie pretekstem do dalszego marnotrawienia społecznej energii oraz „zmniejszenia bezrobocia” przez tryumfalny eksport „polskiego hydraulika”.
Pomysł wprowadzenia związków zawodowych do zakładów rzemieślniczych, zasługuje na najwyższe potępienie, gdyż w dobrze rozumianym interesie społecznym byłoby właśnie ograniczenie zakresu działania - zarówno związków zawodowych, jak i organizacji pracodawców. Do miana tych ostatnich, pretendują dziś archaiczne twory zbiurokratyzowanego, polskiego „rzemiosła”.
Ludzie potrafią dokonywać wyborów i dogadywać się sami. Także na rynku pracy. Wystarczy im nie przeszkadzać.
www.kfp.org.pl
Jan Szczepankiewicz